środa, 5 lutego 2014

Rozdział 3

*z pamiętnika Leii*

DZIEŃ 1
Dzisiaj to się stało.
Dzień, jak codzień, zaczął się normalnie. Wstałam, ubrałam się. Cieszyłam się z wczorajszego wieczoru. Z naszych zaręczyn. Nie było Ciebie w domu, poszłeś z Benjaminem po zakupy. Usłyszałam szczekanie, otworzyłam drzwi i zobaczyłam naszego psa.
Pewnie zerwał się ze smyczy-pomyśłałam. Nie przypuszczałam, że mogło się coś stać.
A jednak.

O 10,34 usłyszałam dzwonek do drzwi. Tak, pamiętam dokładnię tą godzinę. Ten dzień.
A więc 24 lutego 2013 roku o godz. 10,36 otworzyłam re przeklęte drzwi. Stało w nich dwóch policjantów.
-Dzień dobry- powiedział pierwszy z nich-Czy Pani nazywa się Leia Stradtfort?
-Tak, to ja. Czy....czy coś się stało?-spytałam drżącym głosem.
-Pani partner, Aaron Ramsey, miał wypadek. Leży w szpitalu świętego Patryka.
-Jadę tam. Muszę...
-Zawieziemy Pania-przerwał mi drugi-Nie może Pani prowadzić w takim stanie. Proszę wsiąść do samochodu.


Stałam przy szklanej szybie. Tylko ona odzdzielała mnie od środka sali. Leżałeś nieruchomo na łóżku. Cały w kablach, a wokół ciebie migało dużo ekranów.
Miałeś wstrząs mózgu. Przynajmniej tak mi powiedziano.
Jakiś pijany kierowca potrącił się na pasach. Odjechał. Przypadkowy przechodzień zobaczył Cię, udzielił ci pierwszej pomocy i zadzwonił po karetke. Gdyby nie to...
Po przyjeździe do szpitala od razu Cię operowano.
Leżysz w tej sali. Nikt nie wie czy coś słyszysz, czujesz, czy wiesz co się dzieje wokół. Nie wiadomo, kiedy i czy wogle się obudzisz.
Stałam i patrzyła, na ciebie. Stałam w ciszy. Czas mijał.
Sekunda za sekundą.
Minuta za minutą.
Godziny...

Około 17 przyszła moja mam. Wzięła mnie za rękę, zaprowadziła do samochodu i zawiozła do domu. Czułam się jak dziecko.
Jakże człowiek jest nikła istotą.
Przez całą jazdę milczałam.
Nie płakałam, nie przeklinałam, tylko milczałam.
Milczeniem okazywałam swój ból, smutek, żal. A może i złość? Złośc na tego przeklętego kierowcę.


-Zostanę z Tobą-powiedziała Agnes.
-Nie. Dzięki. Poradzę sobie.
-Na pewno?
-Tak-wysiadłam z samochodu i skierowałam się w stronę domu.

Dopiero gdzy zatrzasnęłam za sobą drzwi, mogłam przestać. Przestać milczeć. Płakałam. Krzyczałam. Zbiłam wazon.
Znów poczułam się jak dziecko. Bezradne dziecko. Ty tam spałeś, pośrodku kabli i monitorów, a ja nie mogłam nic zrobić.
Usiadłam na kanapie. Obok mnie położył się nasz pies. Płakałam wtulona w Benjamina.
Nie. Nie mogę już wytrzymać.
Podeszłam do resztek wazonu i wzięłam jeden odłamek.
Był ostry.Właśnie taki.
Powoli przejechałam krawędzią po ręce. Po chwili zaczęła lecieć krew.
Nie zdążyłam zrobić drugiej kreski, bo do środka ktoś wpadł.
-Drzwi frontowe były zamknięte, więc wszedłem tymi-powiedział szatyn* -Ej. Leia. Co ty robisz?
Poleciał szybko do kuchni, wrócił z bandażem i opatrzył mi ręke.
-Wojtek?
-To ja. Chodź tutaj-szepnął, po czym przytulił mnie mocno
-Boje się o Aarona.
-Ja też, ale będzie dobrze. Musi być dobrze.

________________________________________________________
Wróciłam z nowym rozdziałem.
Jednak was nie zaskoczyłam :c
Na stokach się wyszalałam i mam chęci do życia.
Wstąpiła we mnie nowa energia :)
A co tam u was?
Podoba wam się rozdział?
Jak myslicie? Co będzie dalej?
Wpisujcie się w zakładkę informowani :))
@ALFONSDZIWKI